
Tym razem przychodzę do Ciebie z nietypowym – biorąc pod uwagę poruszaną na łamach bloga problematykę – tekstem. Wpisem inspirowanym tym, co wielokrotnie padało z ust przeróżnych polityków starających się o urząd Prezydenta Rzeczypospolitej i przewijało się w zasadzie w trakcie całej minionej kampanii. Chodzi dokładnie o problem – niskiej dzietności.
W ciągu tej kilkumiesięcznej kampanii wybrzmiało wiele przeróżnych propozycji, rozwiązań i pomysłów. Można by odnieść wrażenie, że po pierwsze jesteśmy krajem pogrążonym w kompletnej ruinie, co oczywiście nie jest prawdą. Po drugie, jeżeli zdecydowałaś/eś się wybrać ’właściwego kandydata’ to ten negatywny trend się bezsprzecznie odwróci i staniemy się krajem – mlekiem i miodem płynącym – i żeby było jasne to także nie polega na prawdzie.
Problem spadającej dzietności naprawdę jest poważny i pod żadnym pozorem nie możemy go spłycać. Wskaźnik dzietności, który odnotowujemy obecnie w Polsce należy do jednego z najniższych w całej Europie i w 2024 roku wynosił około 1,12 dziecka na kobietę, co jest znacząco poniżej progu zastępowalności pokoleń wynoszącego: 2,1.
Dla porównania, w Niemczech wskaźnik ten oscyluje wokół 1,45, w Czechach i na Słowacji około 1,55, a na Litwie zbliża się do 1,3. Jeżeli obecny trend utrzyma się bez znaczącej, mądrze wprowadzanej polityce migracyjnej lub zmianach polityki demograficznej, liczba ludności Polski może spaść z obecnych około 37 milionów do około 32 milionów w 2050 roku i nawet poniżej 28 milionów do 2100 roku. Tak daleko posunięte w czasie rozważania powinny być czymś naturalnym biorąc pod uwagę, że mówimy o przyszłości całego narodu.
—–
Autor poleca również: Czy ideologie lewicowe to dążenie do nihilizmu?
—–
Musisz pamiętać, że taki spadek oznacza nie tylko starzenie się społeczeństwa, ale także poważne wyzwania dla rynku pracy, systemu emerytalnego i opieki zdrowotnej.
W trakcie trwania jednej z debat prezydenckich, jeżeli pamięć mnie nie myli w Telewizji Publicznej prowadząca Dorota Wysocka-Schnepf zadała zgromadzonym w studio kandydatom pytanie o problem niskiej dzietności. Postawione pytanie było jednak skrajną manipulacją, było nadzwyczaj tendencyjne i najnormalniej w świecie… głupie.
Brzmiało ono tak: „Polska wyludnia się w dramatyczny sposób za 75 lat może być nas mniej niż 20 milionów jednocześnie z badań wynika że Polki rezygnują z macierzyństwa bo boją się antyaborcyjnego prawa, które zagraża ich życiu. Zatem katastrofa demograficzna jest ściśle z tym prawem powiązana. Co chce Pan/Pani zrobić by to zmienić?”
Dlaczego Polki nie chcą rodzić dzieci? Nie chodzi o aborcję, tylko o rzeczywistość
Niska dzietność w Polsce to problem głęboki i systemowy. Nie jest efektem jednej przyczyny, ale splotu realnych, brutalnych przeszkód, z jakimi młode kobiety i rodziny muszą się mierzyć. Skupianie się przez Panią Wysocką-Schnepf na jednej ideologicznej narracji, jaką jest brak dostępu do aborcji, to wygodne wytrychy dla obecnej władzy i środowisk lewicowych, które chcą przykryć własną bezradność w obliczu prawdziwych wyzwań. Poniżej przygotowałem sześć głównych przyczyn, które moim zdaniem realnie wpływają na to, że kobiety w Polsce nie chcą – lub nie mogą – mieć dzieci. W wielu przypadkach – nawet jednego.
1. Medyczny horror
Ciąża i poród w Polsce to często doświadczenie na granicy przemocy. Kobiety relacjonują brak dostępu do znieczulenia, lekceważenie przez personel, traktowanie przedmiotowe, a nie podmiotowe. Poród bywa upokorzeniem, a nie początkiem nowego etapu życia. Jeśli kobieta wie, że może zostać potraktowana jak „inkubator z metryką”, to trudno się dziwić, że woli tego uniknąć. Zmiana systemu opieki okołoporodowej – od edukacji po realne standardy – jest koniecznością, jeśli państwo chce mówić serio o wspieraniu dzietności. Przejrzałem kilka forów, na których kobiety/matki opisują swoje doświadczenia związane z porodem i połogiem to stwierdzam, że jest nad czym się pochylić.
2. Ekonomiczne pole minowe
Młode kobiety doskonale wiedzą, że urodzenie dziecka często oznacza „zawodową pauzę”. Wysokie koszty życia, drogie mieszkania (wysokie raty kredytów, lub wysokie koszty najmu), niepewność zatrudnienia i brak elastycznych rozwiązań ze strony pracodawców, składają się na realny problem. Po urlopie macierzyńskim kobieta często zostaje z niczym – trudności ze swobodnym powrotem na rynek pracy, brak ciągłości w doświadczeniu zawodowym, brak programów „osłonowych oferowanych przez państwo. Do tego dodajmy inflację, wzrost cen usług i produktów dla dzieci oraz niestabilność polityczną – mamy przepis na stagnację demograficzną.
3. Brak instytucji, które działają
Brak odpowiedniej ilości żłobków i przedszkoli. Miejsca dostępne są przede wszystkim w placówkach prywatnych, które są drogie, albo po znajomości. Ilez to razy słyszałeś/aś, że rodzice zapisują się w kolejce do żłobka i przedszkola zaraz po narodzinach potomka. Absurd, prawda?
Pracujące matki są pozostawione same sobie – państwo nie rozumie, że opieka nad dzieckiem to nie „prywatna sprawa”, tylko inwestycja publiczna. Bez bezpiecznego, powszechnego i taniego systemu opieki nad dziećmi, nie będzie dzieci. Prosty związek przyczynowo-skutkowy.
—–
Zapoznaj się także: Czy warto nadpłacać kredyt hipoteczny?
—–
4. Dziecko kosztuje
Nie jestem Kolumbem, nie odkryłem Ameryki. Dziecko to koszt – jeszcze przed porodem należy wyposażyć się w wyprawkę – później jest równie ciekawie. Od ubranek, przez edukację, po zajęcia dodatkowe – każde dziecko to dziesiątki tysięcy złotych rocznie. A państwo? Brakuje sensownych ulg podatkowych – istnym gamechanger byłoby tu wprowadzenie zerowego podatku VAT na produkty/usługi dla noworodków i niemowląt. Tylko ten jeden prosty zabieg mógłby znacznie odciążyć budżety rodzin posiadających potomstwo. Zamiast tego oferuje nam się PR-owe programy, które nie rozwiązują żadnego realnego problemu, a na przestrzeni ostatnich lat zostały negatywnie zweryfikowane w kontekście działania pro-demograficzne.
5. Nowe aspiracje, stara retoryka
Kobiety nie chcą żyć jak ich matki czy babki. Chcą pracować, podróżować, decydować o sobie. To nie egoizm – to naturalna konsekwencja zmian cywilizacyjnych. Nie ma w tym nic złego, ale problemem jest to, że – państwo, media i pop-kultura trzymając się tej narracji kompletnie zdeprecjonowała rolę matki i drzemiące w macierzyństwie piękno. Zamiast pokazywać, że rodzina może być źródłem siły, rozwoju i sensu, wtłaczają w głowy młodych kobiet obraz „smutnej kury domowej”. Macierzyństwo przez działalność wielu środowisk zostało ośmieszone i zdegradowane do archaicznego obowiązku. A przecież można mówić o rodzinie jako o świadomym, pięknym wyborze – ale trzeba przestać infantylizować i moralizować.
6. Zaufanie do państwa? Brak
Rodzina to projekt długoterminowy. A Polska to państwo doraźnych pomysłów i niestabilnych przepisów. Kobieta planująca dziecko musi brać pod uwagę, czy „500+” nie zniknie po kolejnych wyborach, czy przedszkole nie podrożeje o 300%, czy za dwa lata nadal będzie miała do czego wracać po urlopie. Niepewność zabija plany. Państwo, które nie buduje zaufania, nie może oczekiwać od obywateli strategicznego myślenia o demografii. Brak spójnych idei, które sięgałyby dalej niż do końca kadencji i wobec, których mielibyśmy pewność, że będą realizowane przez następców.
Aborcja, a dzietność? To fałszywy trop
I tu dochodzimy do sedna problemu. Sprowadzanie kryzysu dzietności do braku dostępu do aborcji to absurd – czysto ideologiczny piruet, który nie ma związku z rzeczywistością. Polki nie rezygnują z dzieci, bo nie mogą ich usunąć – rezygnują, bo nie mogą ich godnie urodzić, wychować i pogodzić tego z własnym życiem.
Gdyby to aborcja była problemem, to dzietność w krajach z pełną dostępnością do niej (np. Niemcy, Hiszpania, Włochy) powinna być wysoka. Tymczasem – jest równie niska, jak w Polsce.
—–
Koniecznie przeczytaj: Język dyskusji politycznej w Polsce – czy granice dobrego smaku są przekraczane?
—–
Podsumowanie
Reasumując, niska dzietność to nie bunt przeciwko brakowi dostępu do powszechnej aborcji. To efekt logicznych kalkulacji kobiet i obserwowanego w pop-kulturze zafałszowanego obrazu „matki”. Kobiety mierzą się z państwem nieprzyjaznym, systemem opresyjnym i kulturą lekceważenia. Jeśli Polska chce więcej dzieci – musi przestać uprawiać ideologiczne teatrzyki i zacząć naprawiać zaniedbane fundamenty: medycynę, ekonomię, opiekę instytucjonalną, rynek pracy i kulturę społeczną. Inaczej dzieci nie będzie. I żadna wyimaginowana ustawa aborcyjna tego nie zmieni.
Dziękuję, że przeczytałaś / przeczytałeś mój artykuł i proszę Cię bardzo o podzielenie się nim z Twoimi znajomymi. Im więcej osób z tego skorzysta, tym lepiej. I myślę, że im także może się on przydać. Podziel się nim na Facebooku, Instagramie, Twitterze, mailem – gdzie tylko chcesz i uznasz za stosowne. Zapraszam Cię również do odwiedzenia mojego konta FB i Instagrama, oraz zadawania pytań.

Grafika na początku tekstu pochodzi z: Policja Świętokrzyska – wGospodarce

Pisałam o tym samym niedawno u siebie. Bardzo dobrze różnych rozbiłeś temat na czynniki pierwsze. Dodałabym tylko to, że a) ciąża jest poświęceniem zdrowia i upokorzeniem, nieważne jak dobrze stara się medycyna, b) musielibyśmy wrócić do czasów, kiedy dziecko wychowywała cała wioska (przedszkoli musi być więcej, trzeba wymyśleć co robić z chorymi dziećmi bo często przedszkola w histerii każą rodzicom odebrać zakatarzone dziecko. Plus znam pary, które zapisały dziecko do żłobka po jego poczęciu, nawet nie po urodzeniu), a niestety teraz społeczeństwo chce dzieci, ale wymaga żeby tylko rodzice się nim zajmowali (dziadkowie pracują teraz dłużej niż kiedyś, nie chcą też marnować emerytury na bycie nańką, bo chcą nadrobić straconą młodość. Wszystkim też wrzaski dzieci przeszkadzają – bo dzieci skaczą po domu, bo dzieci skaczą po boisku). C) kij z pieniędzmi, dziecko przede wszystkim kosztuje czas i możliwości! Pracując 8 godzin, dojeżdżając kolejne 2, kończy się już dzień. Co 2 lata trzeba skakać z firmy do firmy, wciąż się dokształcać i przekwalifikowywać. D) uważam, że obraz macierzyństwa w popkulturze i obraz smutnej kury domowej są niestety prawdziwe. Nie wymagają odczarowania- kiedyś społeczeństwo kwitło na poświęceniu kobiet- ktoś musi trochę zrezygnować ze swoich ambicji, by ten czas i energię wpakować w dzieci. Odczarowania wymaga obraz dzieci jako albo przeszkadzaczy, albo jako świętej krowy. Stare metody wychowawcze, choć brutalne, wychowywały dzieci, które nie były obciążeniem dla społeczeństwa (były bardziej niezależne, bały się kary od dorosłych i przez to lepiej się zachowywały)- obecne metody sprawiły, że dzieci są szczęśliwsze, ale są bardziej problematyczne dla wszystkich innych wokół. Problemem jest też dla mnie stosunek facetów do kobiet: hejt jaki się wylewa na samotne matki (bo pewnie szuka frajera, żeby łożył na nieswoje dzieci) jest niewiarygodny, faceci też wyczuli, że mogą mieć dziewczynę i wszystkie przywileje bez ryzykowania ślubem i dziećmi. I ostatnia ważna rzecz to: kiedy te kobiety mają mieć dzieci, skoro każdy ciśnie magistra do 25go roku życia, potem podyplomówki, potem kursy, potem trzeba trochę popracować bo nikt ci płatnego macierzyńskiego nie da, kasa na wkład własny mieszkania, i nagle ma się 35 lat i czas na 1 dziecko (i już nie te siły regeneracyjne co 20latka).
Wybacz za tak długi komentarz, ale dziękuję ci za ten wpis, bo bardzo dobrze podsumował rzeczywistość.
1. Współczynniki dzietności spadają w całej Europie bo z wieku rozrodczego wychodzi pokolenie wyżu demograficznego lat 80-tych. To bardzo ogranicza możliwości przeciwdziałania na gruncie wspierania rodzicielstwa. Po prostu nie ma dostatecznej ilości kobiet aby wypełnić lukę.
2. Kwestie przedszkoli i szkół oraz ich dostępności rozwiąże się sama przy tym TFR.
3. W miarę jak pokolenie lat 50 czyli pierwszy wyż demograficznych będzie odchodzić z tego świata bardzo poprawi się sytuacja mieszkaniowa .
4. Niestety dla utrzymania rynku pracy konieczne będzie podjęcie b. niepopularnych działań (podniesienie wieku emerytalnego, radykalna aktywizacja osób wykluczonych).
5. No i kwestia emigracji zarobkowej rzędu kilkuset tysięcy ludzi rocznie. Nie wybór, konieczność.
6. Wśród państw o największym TFR w Europie nie ma w zasadzie cech wspólnych w zakresie polityk publicznych Stąd trudno replikować. A w dodatku co roku to są inne kraje. Tak odległe jak Dania i Bułgaria.
I bardzo dobrze, ze patriarchalna kultura gwaltów i dyskryminacji kobiet i mniejszosci seksualnych sie konczy, gdy kobiety wybierajá, zeby jej nie kopiowac. Nalezy kopiowac kultury skandynawskie czy Brytyjská, bo tam kobiety majá 100 wyzszá pozycjé spoleczná niz w Polsce.
Polscy mezczyzni to mizogini, i teraz zbierajá pogardé dla kobiet, jaká przez wieki siali. To nie Niemcy ani Ruscy, to polscy mezczyzni w polskich domach zony gwalcá, bijá, wyzywajá od suk, nie dajá spadku, pracy, zwalniajá, molestujá, duszá, wyrzucajá z okien, wyszydzajá, nie dajá awansów, a potem sie dziwiá, ze Polki ich nie chcá.
Polki sobie swietne radzá za granicá, i majá dzieci za granicá z obcokrajowcami. Argumenty, ze na zmywaku z murzynami to sá wasze more sny zazdrosci. Dlatego zadna nie wraca, bo Polska i polscy mezczyzni nie majá kobietom nic do zaoferowania