
Związek zawodowy powinien być niewygodny dla władzy. Powinien patrzeć wszystkim kolejnym ministrom na ręce, jeżeli sytuacja tego wymaga potrafić walnąć pięścią w stół i przede wszystkim reprezentować człowieka, który o trzeciej nad ranem jedzie na awanturę domową, zabezpiecza wypadek, szarpie się z pijanym agresorem albo spędza kolejne święta poza domem.
Powinien.
Tylko czy właśnie tak dzisiaj wyglądają policyjne związki zawodowe?
Im dłużej służę, im dłużej obserwuję naszą formację i im częściej wracam do tego, co sam pisałem na przestrzeni ostatnich kilku lat, tym bardziej dochodzę do wniosku, że pomiędzy teorią, a praktyką powstała ogromna rozpadlina, wręcz przepaść.
Naprawdę potężna.
Związek miał być naszym głosem
Idea funkcjonowania jakiegokolwiek związku zawodowego jest banalnie prosta.
Pojedynczy policjant wobec ogromnej, hierarchicznej struktury jest praktycznie bezbronny. Nie wynegocjuje samodzielnie wysokości swojego uposażenia. Nie będzie w stanie pojechać do Warszawy negocjować z ministrem. Nie zaproponuje zmian do ustawy o Policji. Nie stworzy programu modernizacyjnego. Nie wymusi nowych zasad naliczania dodatków, standardów ochrony prawnej czy rekompensaty za służbę w nocy, niedziele i święta.
Dlatego te tysiące ludzi potrzebują solidnej reprezentacji.
Organizacji, która zbierze ich głosy w jeden potężny, a przede wszystkim słyszalny głos.
Problem pojawia się wtedy, gdy reprezentant zaczyna żyć własnym życiem, a reprezentowani stają się potrzebni przede wszystkim po to, aby uzasadniać jego istnienie.
Dokładnie takie wrażenie od lat odnoszę, patrząc na policyjną działalność związkową.
Nie twierdzę, że przez te wszystkie lata nie udało się załatwić absolutnie niczego. Byłoby to zwyczajnie nieuczciwe.
Pytam jednak o coś zupełnie innego:
Czy biorąc pod uwagę dziesięciolecia działalności, liczbę członków, osiągane wpływy, otrzymywane składki, dostęp do ministerialnych gabinetów i pozycję przy stole negocjacyjnym, finalny bilans naprawdę robi wrażenie?
Moim skromnym zdaniem – absolutnie nie.
Kilkadziesiąt lat działalności. I co dalej?
Rozejrzyj się uważnie po współczesnej Policji.
Nadal dyskutujemy o godnym wynagradzaniu służby liniowej. Nadal wraca temat pieniędzy za pracę w nocy, weekendy i święta. Policjanci nadal porównują rozwiązania socjalne z tymi funkcjonującymi chociażby w wojsku.
Nadal mamy problemy z ochroną prawną funkcjonariuszy. Nadal mamy problem występującego mobbingu i toksycznych relacji na linii przełożony – podwładny.
Nadal pojawiają się zarzuty dotyczące uznaniowości awansów, kursów i dodatków. Nadal przy każdym większym kryzysie kadrowym zaczynamy tę samą dobrze znaną rozmowę od początku. Nadal oddolnie musimy organizować kolejne protesty, akcje, petycje i przypominać rządzącym, że Policja istnieje.
To po co istnieje potężna reprezentacja związkowa, skoro część podstawowych problemów dzisiejszego funkcjonariusza brzmi niemal identycznie jak dziesięć czy piętnaście lat temu?
To nie jest pytanie retoryczne. To jest proste pytanie o efektywność.
Sukces ma wielu ojców. Zwłaszcza po fakcie
Na łamach bloga „Taki Jest Świat” pisałem już o tym wielokrotnie.
Jednym z najlepszych przykładów był protest z 2018 roku. To nie wydarzyło się dlatego, że kilku działaczy obudziło się któregoś ranka i postanowiło zbawić policyjny świat.
Ciśnienie rosło przede wszystkim na dole. W komisariatach. W patrolach. W oddziałach prewencji.
Wśród zwykłych funkcjonariuszy, którzy mieli już serdecznie dość sytuacji panującej w formacji.
Kiedy tysiące policjantów zaczynają mówić jednym głosem, każda organizacja bardzo chętnie staje później na pierwszym planie do fotografii. Tak, aby błysk flesza równo oświetlił całą twarz..
Właśnie z tym mam największy problem. Sukces bardzo łatwo można przypisać strukturze.
Trudniej pamiętać o tych anonimowych policjantach, którzy stworzyli presję umożliwiającą jego osiągnięcie. Przecież bez nich można byłoby produkować kolejne stanowiska, komunikaty, uchwały, grafiki i pisma do ministerstwa przez następnych pięć lat.
Jak mawiał klasyk ’papier wszystko przyjmie’.
Minister również może przyjąć delegację.
Pytanie zasadnicze jednak brzmi: co z tego wynika dla policjanta siedzącego właśnie w radiowozie?
Wielkie zwycięstwo! Udało się załatwić…
Tutaj zaś dochodzimy do mechanizmu, który drażni mnie chyba najbardziej.
Po długich miesiącach ciszy pojawia się informacja:
SUKCES!
Związek wywalczył. Związek doprowadził. Związek uzyskał. Związek przeprowadził skuteczne rozmowy.
Konferencja prasowa. Kolejne zdjęcie. Posty na Facebooku. Kilka mających podkreślić przekaz wykrzykników.
Rozpoczyna się doskonale nam wszystkim znane pompowanie balonika.
Tymczasem po bliższym przyjrzeniu się sprawie okazuje się czasem, że „historycznym sukcesem” jest zmiana, która powinna zostać wprowadzona lata wcześniej albo która rozwiązuje niewielki fragment znacznie większego problemu.
Potem przez kilka kolejnych miesięcy można już żyć wyłącznie sukcesem.
Wracać do niego. Nieustannie go przypominać. Starać się budować na nim wizerunek skutecznej organizacji.
Tylko, że policjant nie potrzebuje organizacji marketingowej i tony PR-u.
Funkcjonariusze potrzebują związku zawodowego z prawdziwego zdarzenia.
Związek zawodowy nie powinien być fanclubem ministra
Tutaj dochodzimy do kwestii kluczowej.
Związek zawodowy przynajmniej z definicji znajduje się po drugiej stronie stołu niż pracodawca czy władza polityczna sprawująca nadzór nad formacją.
Nie jest częścią ministerstwa. Nie jest biurem prasowym Komendy Głównej Policji. Nie jest organizacją powołaną po to, aby stosunki z ministrem były ciepłe, przyjazne i sympatyczne.
Ma reprezentować policjantów.
Zwłaszcza wtedy, kiedy reprezentowanie policjantów jest dla ministerstwa niewygodne.
Jeżeli organizacja związkowa staje się zbyt bliska tym, z którymi powinna twardo negocjować, rodzi się fundamentalny… konflikt
Bo co jest wtedy ważniejsze? Sam dostęp do gabinetu szefa Policji czy interes patrolowca? Zachowanie dobrych relacji czy twarde stanowisko? Kolejne zdjęcie ze spotkania czy postawienie warunku, którego minister nie zechce zaakceptować?
Dlatego za zasadne uważam użycie tutaj określenia, które może niejednego zaboleć – związek zawodowy nie może być ministerialnym obserwatorem wewnątrz policyjnego środowiska.
Nie może pełnić roli swoistego „szpiega w naszym obozie” – oczywiście nie w znaczeniu dosłownym, ale jako organizacja bardziej zainteresowana utrzymaniem dobrych relacji z górą niż przenoszeniem gniewu i oczekiwań z dołu.
Bo jeśli tak się dzieje, idea związku zawodowego zostaje postawiona na głowie.
Kiedy związkowiec przestaje rozumieć patrolowca?
Jest jeszcze jeden problem.
Oderwanie od rzeczywistości. Odrealnienie. Elementarne niezrozumienie.
Policjant liniowy każdego dnia zaczyna służbę i nie wie, co go czeka.
Tysięczna interwencja. Przemoc domowa. Nietrzeźwy agresor. Widok zwłok. Wypadek komunikacyjny. Osoba chora psychicznie. Kolejna sterta dokumentacji do wypełnienia. Następny telefon od dyżurnego. Konieczność robienia nadgodzin. Zmiana grafiku. Święta poza domem.
A może coś jeszcze gorszego – odpowiedzialność karna, dyscyplinarna, służbowa, cywilna – wisząca gdzieś z tyłu głowy.
Teraz taki człowiek ma być reprezentowany przez strukturę, która z czasem może coraz bardziej obrastać administracją, funkcjami, stanowiskami, procedurami i własną polityką wewnętrzną. Strukturą, która przez lata obrosła w tłuszcz i zagubiła pierwotny sens własnej egzystencji.
Powstaje naturalne pytanie, które wielokrotnie chodziło mi po głowie, w którym momencie zawodowy działacz związkowy przestaje być przedstawicielem stricte policjantów, a zaczyna być przedstawicielem samej organizacji?
To jest sedno problemu.
Nie potrzeba nam kolejnej policyjnej biurokracji. Mamy jej już wystarczająco dużo.
A co z „korytem”?
Tutaj chcę być bardzo precyzyjny.
Łatwo byłoby napisać, że wszystko sprowadza się do stanowisk, pieniędzy, dodatków, nagród, znajomości i załatwiania spraw swoim ludziom.
Coś z tyłu głowy mi podpowiada, że ten scenariusz jest bardzo prawdopodobny… Tyle, że bez twardych dowodów byłoby to rzucanie oskarżeń.
Problem systemowy można opisać znacznie uczciwiej – moim zdaniem dotkliwiej i boleśniej.
Każda organizacja, która przez lata tworzy własną hierarchię, stanowiska i sieć wpływów, jest narażona na to, że zachowanie tej struktury zacznie być ważniejsze niż cel, dla którego została w ogóle stworzona.
Tego najbardziej obawiam się w policyjnych związkach zawodowych.
Nie muszę wiedzieć, kto z kim pije kawę, kto komu coś obiecał i kto dzięki komu coś otrzymał.
Wystarczy spojrzeć na rezultat.
Jeżeli zwykły policjant przez lata słyszy o sukcesach swojej reprezentacji, a później podczas kolejnego protestu ponownie domaga się rozwiązania tych samych fundamentalnych problemów, to ma pełne prawo wiedzieć – dla kogo do cholery właściwie działa ta organizacja?
Dwa związki, dwie flagi, dwa protesty…
W 2022 roku pisałem o sytuacji, która była dla mnie wręcz symbolicznym obrazem naszej związkowej rzeczywistości.
Był protest. Były postulaty. Była frustracja policjantów. Były także dwa związkowe obozy organizujące osobne działania.
Do tego flagi, logotypy, plakaty i wzajemne przepychanki.
Niezwykle piękny obraz jedności. Tyle tylko, że chyba niekoniecznie samych funkcjonariuszy.
Bo zwykłego policjanta naprawdę guzik obchodzi, pod jakim logotypem ktoś wywalczy mu dobre warunki pełnienia służby.
Ma być skutecznie i efektywnie.
Jeśli istnieją dwa, trzy czy pięć związków zawodowych, to w fundamentalnych sprawach dotyczących naszej przyszłości powinny potrafić usiąść przy jednym negocjacyjnym stole, stworzyć wspólną listę postulatów i powiedzieć ministrowi coś w stylu – „albo rozwiązujemy te problemy, albo nie ma porozumienia.”
Koniec.
Bez walki o pierwszeństwo. Bez konkursu piękności mającego rozstrzygnąć, kto ma większe logo. Bez licytowania się, kto jest prawdziwszym przedstawicielem policjantów.
Związki muszą być niewygodne
Dobry związek zawodowy nie powinien być lubiany przez każdego ministra.
Powiem nawet więcej.
Jeżeli kolejne kierownictwa resortu, niezależnie od barw politycznych, są z nim zawsze w znakomitych stosunkach, to ja zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko działa tutaj poprawnie.
Rolą związku nie jest tworzenie konfliktu dla samego konfliktu. Jego główną rolą jest gotowość wejścia w konflikt, kiedy interes funkcjonariuszy tego wymaga.
To ogromna różnica.
Minister ma swój interes. Komendant ma swój. Budżet państwa ma swoje ograniczenia. Kierownictwo formacji ma swoje cele.
A kto ma reprezentować interes policjanta?
No właśnie.
Związek zawodowy.
Jeżeli nawet on zaczyna patrzeć przede wszystkim w górę, na dole pozostaje… pustka.
Chciałbym związku, którego minister się trochę obawia
Nie potrzebuję organizacji, która raz na kilka lat ogłosi sukces i wyklei pół Facebooka informacją, jak wiele dla mnie zrobiła.
Chciałbym organizacji, o której minister wie, że nie wystarczy zaprosić jej na kawę.
Takiej, która posiada ekspertów od prawa, ekonomii, bezpieczeństwa i finansów publicznych. Takiej, która przedstawia konkretne wyliczenia. Takiej, która rozlicza każde podpisane porozumienie punkt po punkcie. Takiej, która raz w roku publikuje prosty raport: obiecano – zrealizowano – nie zrealizowano – odpowiedzialny.
Takiej, która pyta swoich członków, czego naprawdę potrzebują. Takiej, która nie przypomina sobie o funkcjonariuszach dopiero wtedy, kiedy rozpoczyna się protest. Takiej, która jest pierwszym telefonem policjanta mającego problem prawny, dyscyplinarny czy związany z przełożonym.
Takiej, której działacz może spojrzeć szeregowemu funkcjonariuszowi prosto w oczy i powiedzieć:
„Jestem tutaj po to, żeby reprezentować ciebie. Nie ministra. Nie komendanta. Nie swoją funkcję. Ciebie”.
Czy naprawdę oczekujemy zbyt wiele?
Rozliczmy ich z efektów
Nie chcę likwidacji związków zawodowych.
Wręcz przeciwnie.
W tak ogromnej, hierarchicznej formacji jak Policja silne związki są potrzebne bardziej niż w wielu innych zawodach.
Otóż, właśnie dlatego należy od nich wymagać więcej.
Nie mniej.
Bo największym problemem nie jest słaby związek.
Największym problemem jest związek, który jest słaby w rzeczywistym reprezentowaniu ludzi, ale bardzo skuteczny w przekonywaniu ich, że jest potężny.
Po latach istnienia nie interesują mnie już ich deklaracje.
Interesują mnie namacalne i policzalne efekty.
Co zmieniło się w wynagrodzeniu policjanta liniowego? Co zmieniło się w rekompensowaniu nocy, weekendów i świąt? Co zmieniło się w ochronie prawnej? Co zmieniło się w walce z mobbingiem? Co zmieniło się w systemie awansów? Co zmieniło się w transparentności dodatków? Co zmieniło się w pozycji zwykłego policjanta względem przełożonych? Co zmieniło się w warunkach codziennej służby?
A przede wszystkim:
ile z tych zmian rzeczywiście wywalczyły związki, a pod iloma po prostu podpisały się wtedy, gdy presję stworzyli sami szeregowi funkcjonariusze?
To są pytania, które warto zadawać.
Regularnie. Głośno. Bez względu na to, kto aktualnie kieruje MSWiA.
Zamiast zakończenia
Policyjny związek zawodowy powinien być tarczą.
Dzisiaj zbyt często mam wrażenie, że stał się tanim elementem wystroju. Może nawet wystroju bardziej przystającego do PRL niż roku 2026.
Jest. Ma logo. Ma działaczy. Ma struktury. Ma komunikaty. Ma zdjęcia ze spotkań. Od czasu do czasu ogłasza sukces.
Tylko gdzie w tym wszystkim jest zwykły policjant?
Ten sam, który finansuje działalność związkową ze swojej składki. Ten, którego podobno wszyscy reprezentują. Ten, który w piątek wieczorem zamiast siedzieć z rodziną jedzie na kolejną interwencję.
To właśnie jego interes powinien być jedynym związkowym „korytem”.
Jego bezpieczeństwo. Jego wynagrodzenie. Jego prawa. Jego rodzina. Jego zdrowie. Jego godność.
Jeżeli organizacja związkowa o tym zapomina, przestaje mieć znaczenie, ile posiada sztandarów, przewodniczących, biur i fotografii z politykami.
Związek zawodowy, który przestaje być głosem ludzi z dołu, staje się tylko kolejnym piętrem biurokratycznej machiny ponad naszymi policyjnymi głowami.
Wtedy zaś nie pozostaje już pytanie, czy potrzebujemy związków zawodowych.
Potrzebujemy.
Pytanie brzmi: czy potrzebujemy ich w obecnej formie?
Myślisz o służbie w Policji?
Jeżeli dopiero rozważasz wstąpienie do formacji i chcesz wiedzieć, jak naprawdę wygląda rekrutacja, na co trzeba się przygotować i jak zwiększyć swoje szanse na przejście poszczególnych etapów, przygotowałem kompleksowy poradnik „Jak dostać się do Policji 2026/2027„.
Bez urzędniczego języka i zbędnej teorii. Konkretne informacje, praktyczne wskazówki i doświadczenie człowieka, który Policję zna od środka.
Sprawdź kurs „Jak dostać się do Policji 2026/2027” i przygotuj się do rekrutacji świadomie, a nie metodą prób i błędów.

Dziękuję, że przeczytałaś / przeczytałeś mój artykuł i proszę Cię bardzo o podzielenie się nim z Twoimi znajomymi.
Im więcej osób z tego skorzysta, tym będę szczęśliwszy. I myślę, że im także może się on przydać. Podziel się nim na Facebooku, Instagramie, Twitterze, mailem – gdzie tylko chcesz i uznasz za stosowne.
Zapraszam Cię również do odwiedzenia mojego konta FB i Instagrama, oraz zadawania pytań.
Grafika wykorzystana w tekście pochodzi z: Agencja Wyborcza.pl / Fot. Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.pl
